Wszędzie dobrze, ale w homestay najlepiej

homestay

Po otwarciu podróżniczego słownika na haśle „homestay”, naszym oczom ukaże się definicja: „nocleg z dala od miasta w domu lokalnej rodziny, z reguły z kolacją i śniadaniem; przeważnie występuje w okolicach górskich”. Słyszy się o różnych formach tego przedsięwzięcia- od hoteli wybudowanych specjalnie na potrzeby turystów na trasie kilkudniowego trekkingu, po noclegi w drewnianej wiejskiej chacie na twardym klepisku dzielonym z wujkiem, siostrą i trzema córkami lokalnej gospodyni. Nie ukrywamy, że nas zawsze ciągnęło ku tej drugiej opcji.

Do tej pory dwukrotnie udało nam się skorzystać z „domowego zostawania”.

Homestay u Mamy Chu

Nocleg u Mamy Chu udało nam się znaleźć dzięki Pawłowi i Izie, z którymi zwiedzaliśmy północny Wietnam, oraz dzięki determinacji i niecodziennemu podejściu Mamy. Warto Ci wiedzieć, Drogi Czytelniku, że zaraz po przyjeździe nocnego transportu turystów z Hanoi do Sapy, autobus otaczany jest stadem kobiet w tradycyjnych h’mondżańskich strojach („h’mondżański”- przymiotnik utworzony od słowa H’mong, będącego nazwą mniejszości etnicznej wielu państw azjatyckich, zamieszkującej przede wszystkim tereny górskie; prawdopodobnie niepoprawny). Wiedzieliśmy, że kobiety zaatakują nas zaraz po opuszczeniu autobusu, przygotowaliśmy sobie więc mowę odstraszającą: „No trekking, no shopping, no sleeping, we have everything”. Bez większych problemów udało nam się podziękować za wszelkie proponowane usługi. Dzień po nas, autobus opuścili Paweł i Iza stosując tę samą metodę odstraszania natarczywych „H’mondżanek”. Jedna z pań oznajmiła im, że nie chce im nic sprzedać, ani nie chce od nich żadnych pieniędzy – chce jedynie ich odprowadzić od hotelu, bo droga daleka i skomplikowana. Następnego dnia przy śniadaniu odwiedziła nas wspomniana Pani (będąca tytułową Mamą Chu) i podarowała nam cztery bransoletki, również deklarując, że nie oczekuje od nas absolutnie nic. Tym nas ujęła. Postanowione, następnego dnia idziemy spać do jej domu w wiosce Hau Thao.

Okolice Sapy obfitują w widoki pól tarasowych, na których uprawia się ryż
Okolice Sapy obfitują w widoki pól tarasowych, na których uprawia się ryż

Wioska Mamy Chu okazała się być kilkunastoma domami rozsianymi na dość dużej przestrzeni pomiędzy tarasowymi polami ryżowymi (wyglądającymi na tymczasowo nieuprawiane), na których pasły się świnie i krowy. Po dotarciu do właściwego gospodarstwa naszym oczom ukazał się drewniany dom bez okien, z trzema izbami oraz paleniskiem w skrajnej z nich. Zdziwił nas brak okien i jakiekolwiek systemu wywietrzania dymu z ogniska, co składało się na to, że w domu panował ciężki, ciemny i wilgotny klimat. Zdecydowanie dodawało mu to uroku. Naszą salą noclegową okazała się być kuchnia, w której na stałe były trzy łóżka – dwa duże i jedno małe. Kuchnie dzieliliśmy więc z najstarszą córką Mamy Chu, która podczas naszej wizyty chorowała na ciężką chorobę płuc i wysoko gorączkowała. Na szczęście mieliśmy spory zapas leków z wietnamskich aptek, który dośc szybko postawił córkę na nogi. Pozostały więc dwa duże łóżka. „Kobiety w jednym, mężczyźni w drugim”, zarządziła Mama Chu. Jesteś w cudzym domu, żyjesz według jego zasad. Dziewczyny w chłodniejszych momentach nocy wtulały się w siebie, ogrzewając się nawzajem i spało im się dobrze. My z Pawłem z kolei nie przekraczaliśmy pewnej nieprzekraczalnej granicy, jaka dzieli dwóch heteroseksualnych mężczyzn i też spało nam się świetnie.

homestay
Aneks kuchenny w naszym pokoju sypialnym

 

homestay
Kuchnia

 

Mama Chu dbała o to, aby nikt z nas nie opuścił jej domu ani o gram chudszy
Mama Chu dbała o to, aby nikt z nas nie opuścił jej domu ani o gram chudszy

Wróćmy jednak do momentu tuż przed snem, czyli do kolacji. Kolacji, którą z własnej nieprzymuszonej woli przygotowaliśmy z Mamą Chu. No dobra, Paweł i Iza pomagali, my robiliśmy zdjęcia. Po skończonej pracy zasiedliśmy do stołu i ku naszej uciesze zauważyliśmy, że towarzyszyć nam będzie kilku sąsiadów Mamy, stanowiących jednocześnie jej bliższą lub dalszą rodzinę. Podjęto nas kilkoma daniami, na słono i na słodko, a do kieliszków polewano pędzony lokalnie bimber, o cenie rynkowej opiewającej na 1$ za 1,5 L trunku. Co ciekawe, bimber polewała nasza gospodyni, podczas gdy jej mąż siedział tuż obok niej. A to dlatego, że w kulturze H’mongów (przynajmniej tych żyjących w Wietnamie) głową rodziny jest kobieta, która ciężko pracuje, podczas gdy jej mężczyzna zajmuje się dziećmi. Imprezowaliśmy długo, bo aż do 22:00, po czym udaliśmy się na spoczynek w izbie nie-koedukacyjnej. Dzień na wsi w Wietnamskich górach zaczyna się wcześnie, więc chwilę po 6:00 byliśmy już na nogach i przygotowywaliśmy się do śniadania. W końcu czekała nas daleka droga powrotna do Sapy. „Ej, a może zostaniemy tu cały następny dzień i wieczorem pojedziemy na moto-taxi do Sapy?” – zagaił ktoś nieśmiało. Drużyna chętnie podchwyciła pomysł i cały kolejny dzień spędziliśmy na podwórku Mamy Chu grając w „tysiąca” i popijając zieloną herbatę na zmianę z piwem „Lao Cai”.

 

homestay
Chodzenie na szczudłach wydaje się być opcją o wiele ciekawszą, niż ślęczenie godzinami przed ekranem tabletu

 

homestay
Mama Chu i jej najmłodsza córka

Homestay u Kyaw Hein

Do Pani Kyaw Hein, mieszkającej w miejscowości Yawar Pu, ulokowanej kilkanaście kilometrów od Birmańskiego miasta Kalaw, udało nam się trafić w zgoła inny sposób. Z Pawłem i Izą rozstaliśmy się w Hanoi, gdzie wsiedliśmy w samolot do Sajgonu jedynie po to, żeby po 30 godzinach wsiąść ponownie do samolotu, tym razem do Yangonu, największego miasta Birmy. Po kilku dniach w Yangonie udaliśmy się do wspomnianego Kalawu, a zabrał nas tam nocny autobus o absurdalnie wysokim standardzie, z którego wysiedliśmy o absurdalnie wczesnej godzinie – 4:00 rano. Pozbawieni jakiekolwiek planu na kolejne kilka dni, wybudzeni z ciężkiego snu, porzuceni pośrodku niczego na kilka godzin przed świtem w państwie gdzie 13% ludzi ma dostęp do elektryczności – nasza sytuacja nie malowała się kolorowo. Udało nam się znaleźć jakiś otwarty przydrożny lokal, w którym przesiedzieliśmy do rana, popijając lurowatą kawę. O świcie postanowiliśmy – zostawiamy częśc gratów w jakimś hostelu i idziemy na dwudniowy trekking, szukając „na pałę” kogoś kto zechce nas przenocować.

Sprawa okazała się być nie taka prosta, ponieważ w miejscach oferujących noclegi pytano nas, czy na trekking idziemy z przewodnikiem. My udzielaliśmy odpowiedzi przeczącej i wtedy się zaczynało: „Nie możecie iść bez przewodnika, to nielegalne! Będzie Was ścigała turystyczna policja, zamkną was do aresztu, a potem ja będę miał problemy przez to, że przechowywałem wasz bagaż”. Nasze nastawienie do birmańskiego rządu było na tyle negatywne, że za punkt honoru wyznaczyliśmy sobie zorganizowanie samodzielnego trekkingu, podczas którego moglibyśmy bezpośrednio dać zarobić lokalnej ludności oferującej „homestay”. Prawdopodobnie, wycieczka z przewodnikiem oznaczałaby naszą zgodę na odprowadzanie olbrzymiego podatku od turystyki i wspieranie bezlitosnego okradania ubogiej birmańskiej ludności. Nie zważając na zagrożenia i trudności losu, samotnie ścierając się z siłami zła, czynnie przeciwstawiliśmy się bezkarnemu systemowi i ruszyliśmy w góry Myanmaru bez przewodnika, niczym rycerz w lśniącej zbroi rusza prosto w paszczę bezlitosnego smoka.

Widok ze szlaku do Yawar Pu
Widok ze szlaku do Yawar Pu

Okazało się, że żadnej policji turystycznej nie ma, a nawet jeśli jest to miała nas głęboko w nosie. Brak przewodnika okazał się być jednak pewnym problemem, ponieważ a). nie wiedzieliśmy gdzie idziemy i b). gdybyśmy nawet wiedzieli, to nie mielibyśmy pojęcia jak się tam dostać. Plan był prosty – wydostajemy się z miasta, idziemy kilkanaście kilometrów i pytamy się „Lokalesów”, czy nas przenocują. Przed samym wyjściem z miasta udało nam się zgubić kilkukrotnie. Na szczęście Birmańczycy są bardzo ciepli i otwarci w stosunku do turystów, więc w jednej z naszych chwil konsternacji, podczas których staliśmy na środku skrzyżowania dwóch piaskowych dróg i recytowaliśmy rymowaną wyliczankę, żeby ustalić gdzie idziemy dalej, zaczepił nas miły jegomość. Uzbrojeni w informacje gdzie idzie większość wycieczek, gdzie warto, a gdzie nie warto iść, gdzie jest ładnie itp., ruszyliśmy dalej.

Od tego momentu, trasa naszej wędrówki wiodła to górskiej wioski Mying Dite oddalonej o 5-6 km od innej mieściny o wdzięcznej nazwie Yawar Pu gdzie, jak się dowiedzieliśmy, nocuje sporo wycieczek turystów z przewodnikami. Po dotarciu do Mying Dite od razu podjęliśmy działania, mające na celu organizację noclegu. A warto powiedzieć, że lekko nie było. Większość birmańskich górali charakteryzuje się ograniczoną znajomością języka angielskiego. Przyszło nam więc porozumiewać się mieszanką języka angielskiego i trollańskiego, który Fred Weasley opisał jako wskazywanie różnych przedmiotów palcem i chrząkanie. No dobra, może nie było aż tak źle – było bardziej jakby angielski połączyć z kalamburami: „We”- pokazujemy nas, „sleep”- złożone ręce pod głową, „in your house”- pokazujemy na dom, „and pay money”- pocieramy palcem wskazującym o kciuk. Po kilku nieudanych próbach, podczas których wszyscy odsyłali nas do odległego już kilkanaście kilometrów Kalaw, nie rozumiejąc lub nie chcąc zrozumieć naszych intencji, postanowiliśmy się poddać. Nasza ostatnia szansa, idziemy do Yawar Pu, gdzie podobno rzesze białasów nocują podczas swojego trekkingu do położonego nieopodal Inle Lake. Sytuacja ponownie nie wyglądała kolorowo – było późno, nie wiedzieliśmy czy w Yawar Pu uda nam się znaleźć nocleg, a nawet jeśli, to nie chcieliśmy spać z bandą turystów. Zdecydowaliśmy, że jednak idziemy dalej i „zobaczymy co będzie”.

Na 500 m. przed celem naszej podróży ponownie zaczepił nas pomocny Birmańczyk, i udzielił nam krytycznie ważnej informacji. Powiedział nam jak nazywa się kobieta, w której domu z reguły sypiają wycieczki zagranicznych turystów. Uzbrojeni w tę informację i w całą masę pozytywnej energii wymieszanej z determinacją ruszyliśmy dalej i bez większych problemów udało nam się znaleźć dom Choa Hei, która po krótkiej chwili konsternacji (jak to tak, dwa białasy same, bez przewodnika?) zgodziła się nas przenocować. Okazało się, że własności pani kyaw Hein nie jest jedynie jedna chata, a całe gospodarstwo, liczące 3 duże domy zagrodę dla świni, obórkę dla krów i małe poletko. Szybko wywnioskowaliśmy, że w przeciwieństwie do Mamy Chu, nasza birmańska gospodyni czerpała zyski również z działań innych niż nocowanie turystów. Kolejną różnicą był fakt, że wieś Hau Thao miała dostęp do elektryczności, podczas gdyby mieszkańcy Yawar Pu zasilali swoje domostwa małymi panelami słonecznymi, a zgromadzoną energię agregowali w akumulatorach.

homestay
Nasza sala sypialna wyposażona w spory ołtarzyk poświęcony Buddzie

 

homestay
Podział obowiązków w domu kyat Hein jest zdecydowanie inny niż ten u Mamy Chu

 

homestay
Prysznic składał się z terenu wydzielonego za pomocą słomianej maty oraz kilku misek i wiader o różnej wielkości

Na obiad wprawdzie musieliśmy chwilę poczekać (tym razem ze względu na wyjątkowe zmęczenie zdecydowaliśmy się nie pomagać w przygotowaniu posiłku), ale zdecydowanie był tego warty! Jednogłośnie uznaliśmy, że był to najlepszy posiłek jaki do tej pory jedliśmy w Birmie. Najlepiej wypadły pomidory w sosie orzechowym i jajka na twardo w sosie bakłażanowym. Po zjedzeniu obiadu, wypiciu kilku piwek marki Myanmar i stwierdzeniu faktu, że rodzina Choa Hei wykazuje dużo mniejszą inicjatywę w integrowaniu się z nami niż rodzina Mamy Chu, udaliśmy się na spoczynek. Ale ale! Sprawy ponownie uległy komplikacjom, gdyż ok. dwie godziny po zapadnięciu zmroku, obudził nas straszliwy hałas, plus minus przypominający muzykę. Z zaciekawieniem zwlekliśmy się z naszych posłań na podłodze i ruszyliśmy w mrok, aby poznać źródło hałasu. Okazało się, że przed domem sąsiadów trwa impreza, składająca się z około dziesięciu lokalnych mężczyzn, pięciu przedziwnych instrumentów muzycznych i kilku butelek bimbru. Panowie zmieniali się przy instrumentach, tak aby każdy mógł chociaż trochę potańczyć. Zdecydowanie zdziwił nas brak jakichkolwiek kobiet w otoczeniu imprezy, ale uznaliśmy, że takie panują tu zasady i kropka. Po zaspokojeniu ciekawości i krótkim uczestnictwie w imprezie udaliśmy się ponownie na spoczynek. O 7:00 rano gospodyni obudziła nas radosnym „Breakfast is ready”, a zaraz po breakfast udaliśmy się w drogę powrotną do Kalaw, kończąc tym samym nasz pobyt w domu kyaw Hein.

 

homestay
Zachód słońca w Yawar Pu

Informacje praktyczne

Wietnam

Nocny autobus z Hanoi do Sapy zarezerwowaliśmy za pośrednictwem niejakiego Davida (nr tel.: 0973812789), koszt 200.000 Dongów (~10$).
Po opuszczeniu autobusu zalecam natychmiastowy telefon do Mamy Chu, w celu ustalenia szczegółów trekkingu i noclegu – naprawdę warto!. Nr tel.: 01647546291. Koszt przedsięwzięcia to 150.000 Dongów (~7$) od osoby, a cena zawierała trekking, lunch, kolację, nocleg i śniadanie.

Birma

Należy unikać wycieczek zorganizowanych – samodzielny trekking jest tańszy i ciekawszy.
Z miasta Kalaw trzeba wyjść w kierunku południowym i pytać się przechodniów o drogę do miejscowości Yawar Pu. Po dotarciu do celu od razu pytać o dom pani kyaw Hein (wym.: „czoa hej”). Koszt przedsięwzięcia to 5.000 kyatów (~5$) odo osoby, a cena zawierała kolację, nocleg i śniadanie. Yawar Pu jest poza siecią komórkową, a o wifi nie ma nawet co marzyć, tym samym nie istnieje możliwość wcześniejszej rezerwacji noclegu.
W obu przypadkach warto uzbroić się w kilka cukierków dla dzieci i butelkę alkoholu dla dorosłych. Pomaga to przełamać pierwsze lody i nawiązać bliższe relacje.

 

Aviary Photo_130709679553173140_marked

3 thoughts on “Wszędzie dobrze, ale w homestay najlepiej

  1. Kurcze, świetna przygoda. Bardzo to ciekawe i doskonale się czyta. Autorzy mają dużo determinacji i odwagi by tak podróżować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Musimy sprawdzić, czy nie jesteś robotem: