Wodospad Bua Thong i wioska Hmongów

header
Po tygodniu laby na uroczej wyspie Ko Chang, udaliśmy się na północ kraju, do miasta Chiang Mai, będącego bardzo istotnym punktem na turystycznej mapie Tajlandii.

 

„Nowe Miasto”…

…bo tak brzmi dosłowne tłumaczenie tajskiego terminu Chiang Mai, samo w sobie jest dość urokliwe, oczywiście na tyle na ile potrafią być urokliwe tutejsze miasta. W każdym razie jest dużo lepsze niż Bangkok, a naganiacze nadal występują, ale w swoich działaniach są dużo subtelniejsi i jak sądzę, skuteczniejsi. Jeśli pod którąś ze świątyń (a w Chiang Mai jest ich DUŻO) podejdzie do Was miły Taj i rozpocznie niewinną, delikatną konwersację na temat Waszej narodowości, celu podróży, obranej marszruty, itp. miejcie się na baczności! Oczywiście jest nikła szansa na to, że „Lokals” chce sobie porozmawiać, ale w 9 na 10 przypadków, rozmówca okaże się być miejscowym nauczycielem, który doskonale zna wszystkie okoliczne biura turystyczne i wie, które oszukują, a które nie lub mieszkańcem Bangkoku, który co roku przyjeżdża do Chiang Mai kupić szyty na miarę garnitur (bo tu są oczywiście najlepsze) i z przyjemnością podzieli się informacją na temat lokalizacji najtańszego krawca. Wciąż należy mieć się na baczności, ale dużo przyjemniej jest być naciąganym z szykiem i klasą północnych krwiopijców, aniżeli z brutalnością i chamstwem naciągaczy ze stolicy. W samym mieście na uwagę zasługują głównie świątynie budowane w architektonicznym stylu Królestwa Lanna, które znajdowało się na obecnym obszarze północnej Tajlandii.

 

Jedna ze starszych świątyń w Chiang Mai
Jedna ze starszych świątyń w Chiang Mai

 

SAM_1126_marked
Mnisi-rekruci w drodze do świątyni

 

Wioska Hmongów

O ile samo miasto jest jedynie poprawne z plusem, o tyle jego okolica naprawdę zachwyca. W celu obejrzenia tych wspaniałości, wynajęliśmy skutery, a zrobiliśmy to z pełną determinacją i pewnością siebie, bo przecież jesteśmy już weteranami- jeździliśmy raz na Ko Chang. Obawialiśmy się przede wszystkim ruchu ulicznego w mieście, który na pierwszy rzut oka jest totalnie chaotyczny. Na drugi rzut oka, jest wciąż tak samo chaotyczny, ale zauważa się, że Tajowie jeżdżą bardzo ostrożnie i stosunkowo powolnie, więc pomimo lewostronnego ruchu i pojazdów poruszających się po rondach we wszystkich możliwych kierunkach, można uniknąć śmierci za kierownicą. Nam się to, w każdym razie, udało.

Obraliśmy kierunek na wschód od miasta drogą prowadzącą na Doi Suthep, czyli „Świętą Górę”. Góra jest święta ponieważ po drodze na jej szczyt znajduje się świątynia. Obiekt jest podobnież piękny, ale po obejrzeniu wcześniej 30 równie wspaniałych świątyń byliśmy na tyle zblazowani, że nie zrobiła ona na nas większego wrażenia. Wrażenie natomiast pozostawił tłum turystów, taksówek i busików oblegających miejsce kultu i otaczający je ze wszystkich stron bazar. Nie możemy jednak powiedzieć, że czas spędzony w okolicy świątyni był kompletnie zmarnowany, bo właśnie tam udało nam się uchwycić półprofil tajskiej dziewczynki w tradycyjnym stroju (poniżej). W poszukiwaniu „prawdziwej Tajlandii” pojechaliśmy dalej i wyżej w stronę szczytu góry kierując się do naszej ziemi obiecanej, wolnej od turystów ostoi spokoju, przepełnionej lokalnym folklorem i tradycją wioski Hmongów. O my naiwni… Jakże wielka była rozpacz gdy okazało się, że nasza wyśniona tajska „Atlantyda” została w pełni zasiedlona przez ulicznych sprzedawców. Wioska jest jednym wielkim bazarem.

Całe szczęście, chwilę później okazało się, że nie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy trafić.

 

SAM_1234_marked

 

W chwili zwątpienia, Ola wyciągnęła swój przewodnik i wyczytała w nim, że na „Świętej Górze” znajdują się dwie wioski Hmongów- jedna turystyczna, a druga nie. Po przejechaniu kilku kolejnych kilometrów dotarliśmy do właściwej nie-turystycznej wioski. I tu już było o wiele przyjemniej. Wprawdzie nie można powiedzieć, że wioska jest kompletnie nienastawiona na białe twarze, bo jednak udało nam się wypić świeżo mieloną kawę, parzoną z świeżo zebranych ziaren, a lokalny trubadur – analfabeta przygrywał nam do posiłku na flecie udającym trąbę. Wieś była natomiast bardzo spokojna i to jest w zasadzie najważniejsza i w sumie jedyna rzecz, którą można o tym miejscu powiedzieć (warto jeszcze zaznaczyć, że jest tam kościół chrześcijański – pierwszy jaki do tej pory widzieliśmy).

 

SAM_1332_marked
Właściwa wioska Hmongów

Zycie Hmongów płynie powoli i, jak sądzę, szczęśliwie. Część mieszkańców już o godzinie 16:00 rozpoczynała spożycie napojów wyskokowych, siedząc w niewielkich grupkach przed gospodarstwami lub przy ulicy. Tajska whiskey Lau Kau w cenie 10 zł za butelkę, o jakości wprost proporcjonalnej do ceny (wiemy, bo próbowaliśmy), cieszyła się największą popularnością. Kobiety co prawda wciąż pracowały przy maszynach do szycia, ale odniosłem wrażenie, że panie miały stanowić swoistą atrakcję dla odwiedzających wieś białych twarzy- były odrobinę zbyt folklorystycznie ubrane. Co ciekawe Hmongowie nie są rdzennymi mieszkańcami Tajlandii, tylko rozsianym po świecie ludem z korzeniami w Chinach (zdaje się, że nawet film Grand Torino traktował o tych właśnie ludziach). W każdym razie zdecydowanie polubiliśmy tę lokalizcję i bardzo ją polecamy, głównie za sprawą jej nie-turystyczności. Zainteresowanych Hmongami odsyłam tutaj.

 

SAM_1353_marked
Wioskowy wirtuoz pozbawiony umiejętności komunikowania się z innymi ludźmi

 

Kościół w środku dżungli
Kościół w środku dżungli

Wodospad Bua Thong

W Tajlandii skutery wypożycza się na 24 godziny, lub wielokrotność 24 godzin. Warto więc zaplanować sobie dokładnie, co w czasie wspomnianej doby chciałoby się zrobić, a następnie dobrać godzinę wypożyczenia i oddania pojazdów, zgodnie z zaplanowanymi aktywnościami. My oczywiście tego nie zrobiliśmy. Wypożyczyliśmy skutery o 12:00, pojechaliśmy do opisanej wyżej wioski i po powrocie do hostelu ok godziny 18:00 od razu zasiedliśmy do planowania poranka dnia następnego. Pojazdy musieliśmy oddać do południa, więc rankiem mogliśmy udać się jeszcze na krótką wycieczkę poza Chiang Mai lub nawet na przejażdżkę po mieście. Na nieszczęście naszą uwagę przykuł nietypowy wodospad Bua Thong znajdujący się ponad 70 km na północ od miasta. Decyzja zapadła, musieliśmy wobec tego nastawić budziki na 04:45, żeby na styk wyrobić się ze zdaniem skuterów. Rano przeklinaliśmy samych siebie, bo wystarczyło zaplanować oba te dni wcześniej i wypożyczyć pojazdy o godzinie 14:00. Wtedy na spokojnie objechalibyśmy obie interesujące nas lokacje i uniknęlibyśmy pobudki o tak absurdalnej godzinie. Ucz się, Drogi Czytelniku, na naszych błędach!

WP_20141028_013_marked
Droga do wodospadu (mina zdradza powagę sytuacji)

 

SAM_1396_marked
Poranek w okolicy wodospadu

 

Wodospad będący celem naszej absurdalnie wczesno-porannej wycieczki zyskał sobie miano „Sticky Waterfall”. Jego anglojęzyczna nazwa doskonale oddaje charakter wodospadu, ponieważ woda płynie po kamieniach zawierających pewnego rodzaju minerały odpowiadające za wyjątkową szorstkość podłoża. Otóż po tym wodospadzie można się wspinać. Od tak, po prostu, piąć się po skałach w górę pod olbrzymim kątem, w strugach wody. W pierwszej chwili czuliśmy się bardzo niepewnie i nienaturalnie, ale z czasem, gdy już uświadomiliśmy sobie, że chodząc po tych skałach boso, mamy przyczepność porównywalną do poruszania się po papierze ściernym, hasaliśmy po kamieniach jak młode jelonki.

 

Wodospad Bua Thong z profilu
Fragment wodospadu Bua Thong z profilu

 

SAM_1404_marked
Fragment wodospadu Bua Thong en face

Poniżej filmik ze mną w roli głównej i jedynej, pokazujący, jak banalne jest poruszanie się po „Sticky Waterfall”.

 

 

Możliwość chodzenia po wodospadzie w strugach wody, połączona z bajecznym krajobrazem uczyniła do miejsce jedną z naszych ulubionych lokalizacji w Tajlandii. Każdemu kto odwiedza Chiang Mai, zdecydowanie polecamy wycieczkę do tego miejsca. My akurat jechaliśmy skuterami, ale można dojechać tam również „czerwoną taksówką”, czyli Toyotą Hilux z budą zamontowaną na pace, zwykłą taksówką, a prawdopodobnie również busikiem. Nie był to co prawda pierwszy wodospad, który zobaczyliśmy w Tajlandii ale zajmuje pierwsze miejsce w naszej dwumiejscowej liście tajskich wodospadów, i mimo tego, że jego rywal również był bardzo poważnym graczem, to Bua Thong pozostawił konkurenta daleko w tyle. A warto zaznaczyć, że w basenie wodospadu Khlong Pklu można było pływać a nawet do niego skakać, co czyniło go naprawdę groźnym przeciwnikiem!

 

SAM_0813_marked
Wodospad Khlong Pklu na Ko Chang

Co istotne, oba miejsca odwiedzaliśmy bardzo wcześnie rano (w przypadku Khlong Pklu popełniliśmy ten sam błąd logistyczny). Byliśmy co prawda niewyspani, ale oboma wodospadami cieszyliśmy się jedynie we własnym towarzystwie, ponieważ reszta turystów wciąż jeszcze słodko chrapała w swoich wygodnych hotelowych łózkach lub na hamakach rozwieszonych w okolicy bungalowów. Summa summarum, pomimo wyjątkowo wczesnej pobudki byliśmy zadowoleni z takiego obrotu spraw i z czystym sumieniem możemy polecić taką formę odwiedzania tajskich wodospadów.

 

Podsumowując, północ Tajlandii jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Gdybym planował dwutygodniowe wakacje w kraju wolnych ludzi, tydzień spędziłbym na Ko Chang lub Ko Samet, a pozostały czas poświeciłbym na eksplorację północy czyniąc sobie z Chiang Mai bazę wypadową.

 

 

SAM_1548_marked
Na deser: buddyjscy mnisi „przyłapani” na medytacji w jednej ze świątyń Chiang Mai

 

 

5 thoughts on “Wodospad Bua Thong i wioska Hmongów

  1. Bardzo fajne miejsca i dobrze sfotografowane – na przykład ten kościółek i jezioro pod wodospadem. Dobrze się to czyta.

  2. Lubię takie reportaże z osobistymi komentarzami. To zupełnie co innego niż suche opisy z przewodnika. Kościółek zaskakujący.

  3. To chodzenie po wodospadzie to rewelacja. Jeszcze z czymś takim się nie spotkałem. Bardzo interesujące pokazanie nieznanego a niezwykłego miejsca w Tajlandii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Musimy sprawdzić, czy nie jesteś robotem: