Warszawa VS Bangkok

header1

 

Podobieństwa dwóch tytułowych miejsc na globie kończą się w zasadzie na trywialnych kwestiach determinujących czy dane siedlisko ludzkie jest miastem czy też nie. Chodzi o rzeczy takie jak asfaltowe ulice, sygnalizacja świetlna, zaplecze gastronomiczno – handlowe, etc. Oba miejsca spełniają warunki bycia miastem i to jest w zasadzie jedynie ich podobieństwo.

 

Różnica nr 1: Specyfika komunikacji miejskiej

Warszawa jest miastem dobrze skomunikowanym w standardzie światowym, natomiast jedynie poprawnie w standardzie europejskim. Bangkok jest również poprawnie skomunikowany przyjmując standardy europejskie, jednak wygląda to tutaj odrobinę inaczej. Ceny przejazdu w tajskiej stolicy są mocno zróżnicowane, w zależności od środka transportu.
Najtańsze są autobusy, którymi z reguły można podróżować poniżej 10 bathów (ok 1 zł). Bilety kupuje się w pojeździe, ale nie u kierowcy. Każdy pojazd ma załogę licząca 2 – 3 osoby, więc opłatę za przejazd uiszcza się u jednej z nich, która jest swoistym kierownikiem transportu. Jakość z reguły jest przeciwnie proporcjonalna do ceny, więc nie należy się dziwić, jeśli w autobusie będzie gorąco, tłoczno, jedyne miejsce siedzące przypadnie na gorącej klapie od silnika, a pani kierowniczka zamiast czarującym uśmiechem spod wąsa, uraczy nas gburowatym grymasem. Warszawski kierowca autobusu, u którego podobnie można kupić bilety, również chętniej uraczy interesantów grymasem, ale w polskiej stolicy bilety są dużo droższe i kupuje się je u wspomnianego motorniczego, a nie kierownika autobusu lub pomocnika kierownika. Zatrudnianie tak dużej ilości pozornie zbędnego personelu jest podstawowym elementem tajskiej walki z bezrobociem, która bądź co bądź jest wyjątkowo skuteczna, bo bezrobocie w kraju wolnych ludzi wynosi jedynie ok. 1%.
Drugie w kolejności jest metro i skytrain, czyli podniebny pociąg. Bilety na te rodzaje komunikacji kosztują ok 1 – 3,5 batha, zależnie od ilości przebytych stacji. Pojazdy są podobnie okupowane jak autobusy, ale posiadają klimatyzację i więcej miejsca na nogi, co jest bardzo istotne dla nie – azjatyckich podróżujących. O ile różnice pomiędzy metrem warszawskim a tym a Bangkoku polegają w zasadzie jedynie na ilości połączeń, o tyle w drugim przypadku różnica jest większa. W Warszawie nie ma skytrain’u, ot co.
Trzecim w kolejności najtańszym środkiem transportu są taksówki, których usługi są wręcz absurdalnie tanie. O ile oczywiście kierowca zgodzi się włączyć taximeter… Tajowie kierujący różowe bądź zielono – żółte Toyoty, z reguły proponują cenę za dojazd w wybrane miejsce przed rozpoczęciem kursu i ciężko jest ich namówić na włączenie licznika. Koszt przejazdu z licznikiem jest średnio trzy, cztery razy tańszy niż w przypadku kursu za ustaloną wcześniej stawkę. Problem polega jednak na tym, że zdecydowana większość taksówkarzy nie chce się zgodzić na uruchomienie licznika albo zgadzają się, ale pod warunkiem, że przejedzie się przez wskazany przez nich punkt, z reguły na drugim końcu miasta i zupełnie nie po drodze. Można założyć, że owym miejscu jest jakiś punkt usługowy czy gastronomiczny, a kierowca otrzymuje procent od piniędzy zostawionych w nim przez przywiezionych klientów. Nie wiemy, bo nie daliśmy się nabrać. Jeśli natomiast uda się namówić kierowce nowiuśkiej Toyoty z kogutem, na włączenie taximetra, no to hulaj dusza, piekła nie ma! Koszt przewozu 4 osób z dużymi bagażami z jednego końca miasta na drugi może kosztować nie więcej niż 100 – 120 bathów (ok 10 – 12 zł). Podstawową różnicą jest więc fakt, że w Bangkoku musisz prosić kierowcę, żeby włączył taximeter, a Warszawie prosisz go, żeby raczej licznika nie włączał i zabrał Cię za ustaloną wcześniej kwotę. Ceny warszawskich taksówek są zdecydowanie wyższe, a jakość wcale nie jest lepsza, a wręcz gorsza. Taryfy w BKK są ustandaryzowane i wszystkie zachowują bardzo wysoki poziom zarówno pod względem jakości pojazdu jak i jego czystosci i estetyki. Ostatnią różnicą, o której warto wspomnieć w tej materii jest dawanie wyrazu pobożności przez kierujących. W Warszawie niejednokrotnie można uświadczyć u „taryfiarzy” wizerunek świętego Krzysztofa, tutaj natomiast- codziennie wymieniany pęczek żywych kwiatów, będący darem dla istot nadprzyrodzonych czuwających nad bezpieczeństwem podróżujących.
Zdecydowanie najdroższym środkiem publicznego transportu są w Bangkoku tuktuki, które są wyjątkowo drogie, a ich kierowcy nagabują przechodniów do skorzystania ze swoich usług w nieznośny sposób. Jak bardzo drogie i w ogóle „złe” są tuktuki nie dane nam było się do tej pory przekonać, ponieważ oficjalnie wiadomo, że należy ich unikać. Nawet w naszym hostelu widniał wielki i prosty w swoim przekazie napis: „Take taxis, avoid tuktuks”. Może na północy kraju skusimy się na tę wątpliwą przyjemność, ażeby móc odhaczyć ten punkt w podróżniczej liście rzeczy do zrobienia, ale póki co to nic pewnego.

kwiaty
Kwiaty zamiast św. Krzysztofa

 

Rożnica nr 2: Smaki miasta

Smaki obu tych miast różnią się od siebie znacząco i trudno się się temu dziwić- miasta są odległe od siebie o ponad 8 000 km. Pierwszym zjedzonym przez nas posiłkiem była słynna potrawa kuchni tajskiej: Pad Thai. Danie składa się z różnego rodzaju makaronów (do wyboru), mięsa lub owoców morza, jajka i warzyw. Posiłek urzekł nas od razu swoim smakiem i ceną, która wynosiła 50 bathów, czyli niewiele ponad 5 zł. Drugie tyle wydaliśmy na małe piwo, które owszem, było bardzo dobre, ale kosztowało tyle co duży obiad. Każdy spróbował innego rodzaju chmielowego napoju, mieliśmy więc na stole piwa marki Chang, Leo i Singha, z których najsmaczniejszy okazał się być Chang.

 

pad
Pad Thai

 

Chang, Leo i Singha
Chang, Leo i Singha

 

Czytując różne blogi i porady turystyczne, jeszcze w Warszawie nie byliśmy przekonani co do „jedzenia na ulicy” ze względu, przede wszystkim na nasze obawy dotyczące higieny wspomnianych miejsc. Po pierwszym zjedzonym obiedzie wyzbyliśmy się wszelkich uprzedzeń i od tego momentu, o ile to możliwe, jemy wyłącznie w takich lokacjach. Najtańszym zjedzonym przez nas konkretnym daniem był gotowany ryż z potrawą wybieraną z puli wielu pozycji podgrzewanych nieustannie na obszernym ulicznym stanowisku. Każdy z naszej czwórki (przez kilka pierwszych dni towarzyszyła nam Karolina mieszkająca tymczasowo w Tajlandii i Ola, która połączyła swój urlop z pierwszymi dwoma tygodniami naszej wycieczki) wybrał inne danie główne, ale wszystkie kosztowały równo 35 bathów. Na uwagę zasługuje jeszcze potrawa ochrzczona przez Karolinę jako „sticky pork”, a składająca się z grillowanego kawałka karczku wieprzowego i patyka. Smakuje jak nasza klasyczna karkówka doprawiona na słodko, a kosztuje 10 batów, co czyni ją znakomitą, cudownie tłustą i cudownie tanią przekąską.

"Sticky pork"
„Sticky pork”

W Bangkoku można więc zjeść bardzo tanio i dobrze na wyjątkowo niewielkie pieniądze. W Warszawie z kolei można zjeść jedynie „dość” tanio, ale już na pewno nie tak dobrze lub „w ogóle nie tanio”, ale dobrze. Tym co zdecydowanie najbardziej urzekło nasze podniebienia okazały się być świeżo wyciskane soki owocowe kruszonym lodem. Ceny wahały się od 30 do 60 bathów, w zależności od wybranego owocu. Głównym składnikiem pierwszego wypitego przeze mnie koktajl był dragon fruit, dziewczyny zdecydowały się natomiast na ananasa i arbuza. Muszę przyznać, że moja miłość do shake’ów dojrzewała dość powolnie, ponieważ pokruszony lód ze smoczym owocem smakował mniej więcej jak dobrze poszatkowane i zmiksowane gałęzie jakiegoś drzewa z dodatkiem zmrożonej wody. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej posmakowania. Zdaje się, że dragon fruit dużo lepiej wygląda niż smakuje… Drugi koktajl zamawiałem w ogromnym skwarze, skusiłem się więc na wkład z limonki. Od tego momentu wiedziałem już, że zawsze kiedy to będzie możliwe, decydował będę się na taki właśnie koktajl. Naturalna słodycz i kwasek owocu połączone z orzeźwiającym pokruszonym lodem tworzył idealną mieszankę na gorące tajskie popołudnie.

Koktajle owocowe
Koktajle owocowe

 

Wszystko po 35 bathów
Wszystko po 35 bathów

 

Żeby nie było zbyt uroczo, przechodzimy do konfrontacji wypadających na korzyść miasta stołecznego Warszawy.

 

Różnica nr 3: Zapachy miasta

Smród. Wszechobecny fetorek, odór, swąd, przykra woń. Fetorek zepsutego jedzenia, odór kanalizacji, swąd pozostawionych na słońcu śmieci, przykra woń generujących olbrzymie ilości zanieczyszczeń pojazdów. Takie zapachy towarzyszą spacerującym po Bangkoku w tłumie ludzi i nagromadzeniu różnego rodzaju pojazdów silnikowych. Niejednokrotnie można co prawda poczuć przyjemny zapach przygotowywanego na ulicy posiłku, jednak dwa kroki dalej miesza się on ze smrodem leżącego obok wora na śmieci, rozsypanych po prostu na ulicy śmieci lub dziwnym, paskudnym zapachem kompletnie nieznanego pochodzenia. Bangkok śmierdzi. Śmierdzą tu ulice, rzeki, pojazdy, skwery, porty, bazary, wszystko śmierdzi. Oprócz ludzi – ludzie akurat nie śmierdzą, nawet bezdomni i pijane lumpy nie za bardzo. Warszawa natomiast nie śmierdzi, a na pewno śmierdzi dużo mniej. Ludzie co prawda mają tendencje do wydzielania przykrych woni, zwłaszcza w porannym nieklimatyzowanym autobusie przemierzającym stołeczne ulice gorącego letniego poranka, ale w konkursie nie-śmierdzenia zdecydowanie wygrywa Warszawa.

syf2
Nie-śmierdzący lokator ulic Bangkoku

 

SAMSUNG CSC
Jedno z bardzo wielu śmierdzących miejsc

Różnica nr 4: Formy promocji i zachęcania do korzystania z usług

Przypomnij sobie, drogi Czytelniku, spacer późnym popołudniem po mazurskim lesie. Albo chociaż wieczorny letni spacer w Lesie
Kabackim lub Bielańskim. Doceniasz, co prawda urok leśnego krajobrazu i przyjemnego chłodnego wtrzyku po gorącym dniu, jednak strasznie irytują Cię latające insekty, przede wszystkim komary, od których nieustannie musisz się oganiać. Możesz oczywiście użyć jakiegoś środka odstraszającego komary, te jednak, nie zawsze są skuteczne, a spryskany chemikaliami czujesz się odrobinę mniej komfortowo. W Bangkoku podobnie jak od komarów, musisz oganiać się od różnego rodzaju naganiaczy chcących wcisnąć Ci swoje usługi, lub usługi osoby, która wynajęła naganiacza. Niczym rój komarów zlatują się do Ciebie Tajowie, żadni Twojej krwi i proponują, wręcz nakazują, wydanie pieniędzy na dany produkt czy usługę. Na początku staraliśmy się do nich uśmiechać i dziękowaliśmy (bo podobno należy się uśmiechać). Z czasem jednak stwierdziliśmy, że ta taktyka nie bardzo się sprawdza, ponieważ „komary” odbierały uśmiech jako zachętę do głębszej penetracji naszych umysłów swoimi propozycjami. Krwiopijcy oferowali bardzo różne formy tracenia pieniędzy: od masażu, poprzez taksówkę, tuktuka, garnitur szyty na miarę (ci naganiacze byli chociaż elegancko ubrani), drinki w klubie, tatuaże, aż po słynny pingpong show. Niektóre „komary” parały się kilkoma różnymi formami naganiania, i jednym tchem wypowiadały szybki równoważnik zdania: „taxi, tuktuk, pingpong show?” zakończony trzema charakterystycznymi cmoknięciami, będącymi chyba onomatopeją dźwięku wydawanego przez damy zajmujące się ostatnią zaproponowaną przez naganiacza pozycją. Inni z kolei, uznawali zdywersyfikowane działania za nieskuteczne i skupiali się na proponowaniu jednej tylko uciechy. Bardziej leniwi, spośród tych naganiających na wspomniany wcześniej show, na nasz widok jedynie trzykrotnie cmokali, dając nam przedsmak, a w zasadzie przed-dźwięk tego co usłyszymy (i zobaczymy) na „przedstawieniu”. Z czasem nauczyliśmy się korzystać z repelentu na krwiopijców i po wypatrzeniu ich z pewnej odległości, skupialiśmy się na tym aby na naszych twarzach nie zagościł uśmiech lub wyraz zainteresowania i aby w żadnym wypadku nie nawiązać kontaktu wzrokowego. Ewentualnie od niechcenia rzucaliśmy „no, thank you”. Repelent w większości przypadków był skuteczny, ale zamiast uśmiechu (co jest naszym naturalnym wyrazem twarzy w nowym i ciekawym miejscu), na naszych twarzach musiał zagościć grymas niezadowolenia, a błądzący wzrok nie mógł nosić żadnych znamion zainteresowania. Najgorszą wylęgarnią bzyczących insektów okazała się być sławna dzielnica czerwonych latarni, czyli Patpong, oraz równie słynna Backpacker’s street, czyli Khao San, która z backpackerami miała wspólnego jedynie tyle, że można tam było znaleźć tani hostel. Na Khao San proponowano cały przekrój usług, łącznie z pokazem gry w pingponga, który de facto tam się nie odbywał, ale przecież dobroduszny kierowca taksówki lub tuktuka, z przyjemnością zabierze Cię do dzielnicy czerwonych latarni, za jedynie czterokrotnie wyższą cenę. W Patpongu naganiacze skupiali się zdecydowanie na jednym sektorze usługowym… Co ciekawe w „red district” krwiopijcy są wynajmowani przez kilka przybytków naraz i prowadzą turystów od jednego do drugiego, a prowizję otrzymują dopiero po zamówienia w którymś z nich przynajmniej jednego piwa przez zwiedzających.
Naganiacze są prawdziwą skazą tego miasta, utrudniającą nie jedynie zwiedzanie i czerpanie z tego radości, ale wręcz poruszanie się po ulicach. W Warszawie tego typu agresywnych taktyk sprzedażowych albo w ogóle się nie prowadzi, albo prowadzi się na dużo mniejszą skalę. Nigdy nie byłem turystą w Warszawie, więc nie mogę być tego pewny na 100 %, ale jestem pewny przynajmniej na 95.

 

Rożnica nr 5: Rozrywki turystów

O ile, podobnie jak w przypadku poprzedniej różnicy, nie mogę być w pełni obiektywny, bo nigdy nie byłem turystą w Warszawie, o tyle ponad ćwierć wieku przeżytego w stolicy pozwoliło mi zaobserwować jak zachowują się i z jakich rozrywek korzystają turyści przyjeżdżający do stolicy kraju nad Wisłą. Odwiedzający Warszawę oddają się spacerom po starówce, łazienkach i innych częściach miasta, zwiedzaniu zabytków od zewnątrz i wewnątrz, ewentualnie wjeżdżają na ostatnie piętro PKiN-u. Wieczorem oczywiście mogą ruszyć na miasto w celu zwilżenia gardła polskim piwem lub zimną wódką zagryzioną śledziem i tatarem. Ten czy ów zajrzy w pijackim zwidzie do Sogo czy Sophii… Cóż, w Bangkoku sytuacja przedstawia sie nieco odmiennie. O ile w ciągu dnia turyści oddają się podobnym aktywnościom (wyłączając może wjazd na ostatnie piętro Pałacu Kultury), o tyle wieczorna degustacja polskich piwek i ewentualne podziwianie eleganckiego striptizu powinny wrócić do szkoły żądzy i brudnego seksu oraz podpatrzeć jak to robi ich tajskie starsze rodzeństwo.

Ulice Bangkoku nocą
Ulice Bangkoku nocą

Stolica Tajlandii ocieka seksem i zionie alkoholem. Z trudem poruszaliśmy się po Khao San, przeciskając się przez tłumy młodocianych Anglików, Amerykanów i turystów innych nacji, którzy wylewali się na ulice z „lokali”, w których puszczano muzykę rozsadzającą bębenki. Ludzi było na tyle dużo, że czuliśmy się jakbyśmy próbowali przejść z jednego końca warszawskiego metra na drugi, w godzinach szczytu. Młodzież podrygiwała w rytm muzyki wraz z młodymi, modnie ubranymi Tajkami, o których profesji wyrobiliśmy sobie zdanie, popijając mieszankę alkoholi z redbullem i colą z 1,5 litrowych wiader. Tak zwane bucket’y w pierwszej chwili wywołały w nas jak najgorsze emocje i uznaliśmy, ze picie alkoholu wiadrami tylko po to, aby jak najszybciej się spodlić jest co najmniej dziwne, ale z czasem i my skosztowaliśmy tego „drinka”, tyle że w zupełnie innej atmosferze, okolicznościach i otoczeniu. Podczas gdy młodzi turyści wlewali w siebie hektolitry alkoholu gibiąc się w tłumie innych gibiących się ludzi, ich ojcowie znakomicie bawili się w Patpong. Podstarzali Anglicy spacerowali dzielnicą czerwonych latarni przed lub po polowaniu. Przed polowaniem charakteryzowali się rozbieganymi oczkami i stróżką śliny cieknącą z ust, a osobników po łowach można było rozpoznać po tajskiej prostytutce orbitującej w okół dumnego łowcy. Niektórzy swą zdobycz konsumowali od razu, szybko i łapczywie, podczas gdy inni delektowali się jej smakiem długo i z namaszczeniem. Ci drudzy zawierali ze swoimi zdobyczami jakieś dziwne quasi-związki, w ramach których Tajki towarzyszyły im przez cały ich pobyt w kraju wolnych ludzi. Częstym widokiem byli więc podstarzali lub zupełnie starzy biali mężczyźni idący pod ramię, a w zasadzie wspierający się na młodziutkich, ślicznych Tajkach. Wszystko naturalnie i za sprawą szczerych uczuć, przecież miłość nie zna granic takich jak kolor skóry, język, narodowość, stan konta, etc. Co bardziej rozgarnięci łowczy (bo przecież nie ci bogatsi) otaczali się dwoma lub trzema ślicznymi dziewczynami. Podsumowując byliśmy delikatnie mówiąc obrzydzeni tym co zobaczyliśmy w nocy na Khao San i w Patpong. Jeśli chodzi o zabytki to odwiedziliśmy „Grand Palace”, czego dość mocno żałowaliśmy i „Jim Thompson House” czego nie żałowaliśmy w ogóle. Pierwszy obiekt zwiedzaliśmy w skwarze i tłumie ludzi. Kompleks świątynno – pałacowy był z całą pewnością piękny i robił ogromne wrażenie (zwłaszcza tytułowy Grand Palace, wybudowany podobno na wzór pałacu Buckingham), był jednak fatalnie opisany, a nie skusiliśmy się na przewodnika, w efekcie czego nie mieliśmy bladego pojęcia co oglądamy. Bilet wstępu był dość kosztowny, a oprócz kilku zdjęć, nie wyniesliśmy nic ze zwiedzania najsłynniejszego zabytku w Bangkoku. Nasz humor został nieznacznie poprawiony absurdem niektórych eksponatów w muzeum przy obiekcie. Mowa tu o skrupulatnie opisanych i pięknie wyeksponowanych narzędziach wykorzystywanych przy odrestaurowaniu zabytku. Mogliśmy więc zaboserwować młotek sprzed dziesięciu lat, nożyczki sprzed pięciu, gumowe rękawice oraz kombinerki. Dom Jima Thompsona okazał się być dużo ciekawszym obiektem, pomimo jego zdecydowanie mniejszego rozmachu. Jim Thompson był przedsiębiorcą żyjącym w Bangkoku, który wyjątkowo ulubił sobie sztukę i architekturę tajską. Złaknionych wiedzy odsyłam tu.

Fenomenalne eksponaty
Fenomenalne eksponaty

 

Widok z tramwaju wodnego
Widok z tramwaju wodnego

Niestety nie możemy powiedzieć, że Bangkok nas urzekł. Urzekła nas cena i smak tajskiego jedzenia, ale to jest nawet tańsze poza stolicą. Drugim plusem były niskie ceny i wysoka jakość transportu miejskiego, zwłaszcza taksówek, ale podobnie jak w przypadku jedzenia, jest to charakterystyczna cecha całej Tajlandii, a nie samej stolicy. Zostaliśmy w Bangkoku 3 dni i gremialnie uznaliśmy, że było to za długo. Wszystkim zainteresowanym polecamy zwiedzanie tajskiej stolicy w opcji „One night in Bangkok” i ewentualnie jeden pełny dzień poświęcony na przepłynięcie się tramwajem wodnym i zwiedzenie wybranego zabytku.

 

Na osłodę - targ owocowy
Na osłodę – targ owocowy

 

4 thoughts on “Warszawa VS Bangkok

  1. Byłem dwa tygodnie temu w Bangkoku i jeśli chodzi o podróż tuk-tukami to polecam Wam taką strategię: podchodzicie do policjanta i pytacie, ile on zapłaciłby za tuk-tuka z punktu A do B i targujecie się o tą właśnie cenę. Potem przy każdej podróży szacujecie, ile raz większy/mniejszy jest dany odcinek od poznanego. Jeżeli kierowca nie chce Was wziąć za wytargowaną/proponowaną cenę, to odchodzicie – podjedzie w 3-5 sekund. Khao San ma swój urok, mieszkałem w Dang Derm Hotel.

    Warto również wspomnieć o tramwajach wodnych kosztujących od 3 do 12,5 bahtów. A mięso na patyku nazywa się Satay.

    Jeżeli chcecie uciec od naganiaczy, to polecam wyspy zatoki Tajlandzkiej – Samui, Koh Tao :) Tam jest cudnie.

  2. Dzięki za rady tajemniczy MM!
    Obecnie (od kilku godzin) jesteśmy w Chiang Mai, a poprzedni tydzień spędziliśmy na Ko Chang. Fenomenalna wyspa, z mało komercyjnym, swojskim klimatem.
    Zdradzisz nam swoją tożsamość, żebyśmy wiedzieli komu mamy być wdzięczni? :)

  3. Bardzo celne i bystre obserwacje, młody i dynamiczny sposób pisania, dużo cennych informacji. Czekam z napięciem na kolejne odcinki, bo ci Polacy co tam się wybierają powinni to przeczytać. Przydałoby się jeszcze gdzieś umieścić zdjęcie autora, czy autorów, tego blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Musimy sprawdzić, czy nie jesteś robotem: