Dzienniki Himalajskie

SAM_6130_marked

[Poniższy tekst pisany był dzień po dniu, w trakcie naszego trekkingu wokół Annapurny. Publikowany jest w niezmienionej formie, okraszony jedynie zdjęciami i mapkami.]

 

Dzień 1

Ruszyliśmy z Besi Sahar, w kierunku na Manang. Duża część trasy przebiegała przez drogę dostępną dla jeepów zwaną Besisahar-Manang highway. Na początku treku uświadczyliśmy piękny widok na ośnieżony masyw ośmiotysięcznika Manaslu. Krajobraz treku „umilały” olbrzymie place budów chińskich elektrowni wodnych. Nocleg w Bahundanda. Nastroje bardzo dobre.

 

Ceny w miejscu noclegu:

Woda: 60 rupii
Dal Bhat: 300 rupii

Aviary Photo_130761972781016372_marked
Most linowy napotkany na samym początku szlaku

Dzień 2

Start z Bahundandy o 7:30, pogoda od rana bardzo przyjemna, delikatne zachmurzenie, brak słońca. Zaczęliśmy dość ostro i szybko zdobywaliśmy wysokość. Dużo większa część trasy przebiegała przez ładny szlak trekingowy, na drogę wchodziliśmy tylko sporadycznie. Kilkukrotnie musieliśmy oddawać zdobytą wysokość po ok. kilkadziesiąt metrów lub więcej za każdym razem. Odbyliśmy bardzo przyjemny postój wśród dzikich pól marihuany. Zjedliśmy po zupce chińskiej przygotowanej na własnym palniku. Pod koniec popasu zaczęło padać i nie przestało aż do rana następnego dnia. W strugach deszczu doszliśmy do miejscowości Tal. Kurtki się trzymają, buty puściły. Ze względu na niską temperaturę i ciągłe opady, nie jesteśmy w stanie wysuszyć całego sprzętu. Nastroje trochę oklapły. Mamy nadzieję na słoneczny poranek następnego dnia.

Woda: 80 rupii
Dal Bhat: 400 rupii

dzień 2_marked
Przerwa na zupkę chińską

Dzień 3

Pobudka o 5:30. Za oknem delikatnie kropi, temperatura wynosi 7-8 stopni Celsjusza. Decydujemy się iść dalej, niestety w częściowo mokrych butach. Postanowiliśmy iść do Danaque lub dalej jeśli pogoda pozwoli.
Zaczęliśmy sprintem i odległość do celu szybko się zmniejszała. Po ok. 1,5 h postanowiliśmy odrobinę zwolnić, aby zbyt wcześnie nie „spuchnąć”. Trasa szła dobrze, choć prawie całość musieliśmy iść w kurtkach gore-texowych z uwagi na padający nieregularnie deszcz. Prawie cały odcinek przebiegał przez wspomniany „highway”, ale z uwagi na warunki pogodowe nawet nam to pasowało. Dość powolnie zdobywaliśmy wysokość, natomiast prawie nie musieliśmy jej oddawać. Do Danaque dotarliśmy chwilę przed 12:00 i zdecydowaliśmy się zatrzymać na nocleg, co okazało się być słusznym wyborem, ponieważ o 12:20 zaczęło się urwanie chmury.
Późnym popołudniem ładnie sie rozpogodziło, a wieczorem uświadczyliśmy bezchmurne gwieździste niebo. Pokrzepieni takim stanem rzeczy postanowiliśmy następnego dnia przejść dwudniową (według mapy) trasę trekkingową. Z Danaque do Upper Pisang.

Woda: 140 rupii
Dal Bhat: 430

Aviary Photo_130761973904267998_marked
Murki modlitewne, które podróżujący winni zawsze mijać z lewej strony

 

SAM_6037_marked

Dzień 4

Pobudka o 4:20, śniadanie o 5:00. Na szlak wyszliśmy o 5:30 i zaczęliśmy stanowczo przeć do przodu. Wg wyliczeń o godz. 8:30 powinniśmy być w miejscowości Chame. Mapa okazała się być wyjątkowo niekonsekwentną: w dniach poprzednich podane odległości pokonywaliśmy średnio 15% szybciej niż założono, a tym razem mieliśmy 2,5h opóźnienia pomimo dobrego tempa. W Chame byliśmy o 11:00. W międzyczasie okazało się, że na skutek pewnego nieporozumienia zamiast 17 kilometrów mamy dziś do pokonania 32 km i 1000 metrów w górę przy jednoczesnym oddawaniu wysokości w kilku rzutach po kilkadziesiąt/kilkaset metrów. Do Chame doszliśmy mocno spuchnięci, ale postanowiliśmy iść dalej. Upper Pisang nie było w naszym zasięgu, ponieważ dzieliło je od nas kolejne 19 km. Naszym celem była miejscowość oddalona o 9 km, ale okazało się, że nie ma tam możliwości noclegu. Bardzo mocno spuchnięci ruszyliśmy do kolejnej miejscowości o nazwie Dhukur Pokhari (3060 n.p.m.), znajdującej się pod samym Upper Pisang, gdzie znaleźliśmy nocleg.
Przez 11h marszu przebyliśmy  25,5 km i wspięliśmy się 860 metrów w górę, oddając kilkukrotnie wysokość.
Powyżej 2,500 trasa mocno zyskuje w kwestii widoków. Pogoda bardzo dopisała: rano i przed południem było chłodno i panowało delikatne zachmurzenie, po południu wyszło słońce.
Na trasie spotkaliśmy mnóstwo turystów wracających z Manang lub Thorong Phedi do Pokhary, ze względu na bardzo trudne warunki pogodowe powyżej 4000 n.p.m. Na trasie słyszeliśmy kilkukrotnie schodzące lawiny. Przynajmniej jedna była kamienna, reszta prawdopodobnie śnieżna. Pogoda się poprawia i liczymy, że taki stan rzeczy się utrzyma.
Układamy się do snu w otoczeniu pięknych ośnieżonych szczytów.

Woda: 180 rupii
Dal Bhat: 500 rupii (stargowane do 400)

Aviary Photo_130761973371990892_marked

Dzień 5

Ze względu na mocno wysiłkowy dzień poprzedni, zwlekliśmy się z łóżek przed 7:00, wyszliśmy chwilę przed 9:00. Miał to być lekki dzień z dużą ilością ładnych widoków po drodze. Nie ustaliliśmy konkretnego celu marszu ze względu na planowany lekki charakter dnia. Pogoda dobra, choć ze względu wysokość temperatura mocno spadła. Cala trasa przebiegała przez bardzo malownicze rejony pomiędzy Upper Pisang a Nawal, gdzie zanocowaliśmy. Jedynym wymagającym fragmentem trasy było 350 metrowe stronę podejście do miejscowości Gharyu. W trakcie marszu zaczęliśmy odczuwać objawy choroby wysokościowej, w postaci bólu głowy. Powietrze zaczęło się rozrzedzać, przez co łatwiej o zadyszkę. Do Nawal dotarliśmy późno, bo dopiero około 16:00 (piękne widoki nie pozwalały na szybsze tempo).
Na kolację zjedliśmy Dal Bhat z mięsem jaka.
Jutro lekka trasa do Manang, gdzie będziemy się aklimatyzować.

Dal Bhat: 470
Woda: 200

Aviary Photo_130761974114110253_marked
Flagi modlitewne i ośnieżone szczyty – esencja Himalajów

Dzień 6

Wstaliśmy późno, ponieważ do pokonania mieliśmy raptem 9 km, przeważnie w dół. Obudziła nas piękna pogoda. Cały dzień świeciło słońce i mieliśmy doskonałą widoczność. Okoliczne siedmio i ośmiotysięczniki nigdy nie wyglądały lepiej. Do Manang dotarliśmy wcześnie, ok 12:00. Reszta popołudnia upłynęła nam na czytaniu i leniuchowaniu. W międzyczasie poznaliśmy parę amerykańskich lekarzy stacjonujących w Manang, którzy w ramach wolontariatu świadczą swoje usługi turystom i lokalesom. Wieczorem pielęgnowaliśmy dalej nową znajomość zraszając ją wódką i grając w karty.

Woda: 140
Dal Bhat: 300

SAM_6028_marked
Mijane miejscowości idealnie wpisują się w himalajski klimat

 

SAM_6159_marked

Dzień 7

Pobudka o 6:30, z hostelu wyszliśmy o 7:30. Dziś dzień aklimatyzacji, idziemy na Ice Lake położone na wysokości 4600 n.p.m. Starujemy z wysokości 3540 n.p.m. Trasa od początku mocno pnie się do góry. Towarzyszy nam lekki deszcz. Do momentu osiągnięcia wysokości 3800 n.p.m. (wysokość naszego najwyższego noclegu), nie mamy większych problemów z marszem. Powyżej wspomnianej wysokości nasilił się charakterystyczny ból głowy towarzyszący chorobie wysokościowej. Występują też mdłości i problemy z oddychaniem. Na wysokości ok. 4300 n.p.m. na trasie zaczyna robić się śnieżnie, zdarza nam się zapadać po pachwiny. Nasilają się objawy choroby wysokościowej, oddycha się coraz ciężej, ogarnia mnie senność. Idziemy jako pierwsi, po dotarciu na 4600 n.p.m. okazuje się, że jezioro jest jednak wyżej. Ostatkiem sił, z bólem głowy i permanentną zadyszką, w gęstej mgle i silnym wietrze, wdrapalismy sie kolejne 60 metrów w górę. Oczom naszym ukazała sie plaska przestrzeń pokryta śniegiem. Po kilku fotkach uciekliśmy na dol mijając sporo trekkerów idących w kierunku jeziora. Po zejściu do Manang, objawy choroby wysokościowej ustąpiły.

SAM_6179_marked
Najtrudniejsze 1000 m. w górę

Dzień 8

Obudziliśmy się dość późno, ponieważ do pokonania mieliśmy raptem 10 km i 500 metrów w górę. Celem naszej dzisiejszej wędrówki była miejscowość Yak Kharka. Do naszej trzyosobowej ekipy (ja i Zuzia + Rysio poznany w Tajlandii) dołączyła Lara, jedna z poznanych lekarzy. Laura ma objąć jednoosobowe stanowisko w klinice w Thorong Phedi, więc nasze rozkłady marszu się pokrywają. Przy okazji pomagamy jej przetransportować graty potrzebne w jednoosobowej klinice na wysokości pow. 4500 n.p.m. Na zmianę z Rysiem wnosimy na górę dodatkowy kilkukilogramowy plecak medykamentów i sprzętu medycznego.
Do Yak Kharka dotarliśmy ok godz. 14:00. Odnotowałem nasilone objawy choroby wysokościowej, głównie w postaci bólu głowy. Szybko przeprowadzone badania wykazały, że moje tętno spoczynkowe wynosi 110-120 uderzeń na minutę, a poziom dotlenienia organizmu wacha się w granicach 60-70. Szału nie ma. Zacząłem brać Diamox. Jeśli jutro rano sytuacja nie ulegnie zmianie, możliwe że będę musiał zostać na wysokości 4000 n.p.m. kolejną noc.
Z ciekawostek: cztery kilometry nad poziomem morza robi się słabo z opałem, więc w sali głównej schroniska, w którym spaliśmy palono ususzonymi odchodami jaka. Słabo jest też z mięsem, więc jeśli komuś znudzi się ryż z warzywami, do wyboru ma tuńczyka z puszki, świnie z puszki, lub mięso wspomnianego jaka, z reguły fatalnie przyrządzone.

Woda: 210
Dal Bhat: 510

Aviary Photo_130761976261719142_marked
Droga do Yak Kharka

 

Aviary Photo_130761976418771115_marked
W wyższych partiach szlaku przestaje widywać się wegetację, a oczom naszym ukazują się Jaki

Dzień 9

Po Diamox spałem jak dziecko- od 21:00 do 8:00. Poranne badania wykazały tętno na poziomie 100 uderzeń na minutę i poziom dotlenienia pow. 80. Ból głowy ustał, czuje się dobrze. Zuzia pomimo podręcznikowych wyników badań (tętno 50!!!, dotlenienie 90), odczuwa ból głowy i delikatne problemy z oddychaniem. Podobnie jak ja zaczęła brać Diamox.
Pogoda od rana była wspaniała. Białe szczyty prezentują się zdecydowanie najlepiej na tle błękitnego bezchmurnego nieba. Szlak wiódł nas po stoku niewielkiej dolinki. Do zdobycia mieliśmy raptem 600 metrów wysokości i 7km odległości, ale wysokość pow. 4000 n.p.m. robi swoje i nawet tak krótka trasa dała nam mocno w kość. Dziś śpimy w Thorong Phedi na wysokości 4550 n.p.m. dokąd „eskortowaliśmy” Larę. Bardzo miłą niespodzianką okazała się być sala wspólna naszego schroniska, w której było co prawda bardzo zimno, ale otuchy dodawał nam Bob Dylan puszczany z głośników. Jeśli pogoda i zdrowie pozwolą, o 4:00 rano ruszamy na przełęcz.

Woda: 220
Dal Bhat: 550

SAM_6263_marked
Widok na masyw Gangapurny z Thorong Phedi

 

SAM_6104_marked
Na 4500 m. n.p.m. dojeżdżają już tylko konie

Dzień 10

Pobudka o 3:30. W mrozie i ciemnościach pakujemy się i jemy śniadanie. O 4:30 byliśmy już na trasie. Początek okazuje się być wyjątkowo ciężki. Oświetlamy drogę czołówkami, jest bardzo zimno, trudno uspokoić oddech i bolą nas głowy. Z radością witamy wschodzące słońce, gdyż temperatura zaczyna powoli rosnąć. Dzięki światłu dziennemu łatwiej jest też rozpoznać miejsca schodzenia lawin skalnych, których na trasie sporo. Na przełęczy Thorong La stajemy chwilę po godzinie 9:00. Choć umęczeni jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się tam wejść. Cykamy kilka zdjęć i schodzimy na dół, na drugą stronę przełęczy.
Zejście na dół na stwarza raczej żadnych trudności technicznych lub kondycyjnych. Jedynym problemem jest zapadanie się w rozmoczonym, na skutek promieniowania słonecznego, śniegu po pachwiny.  Ból głowy towarzyszy nam aż do Muktinath, do którego docieramy ok. godz. 15:00.

Woda: 180
Dal Bhat: 400

SAM_6266_marked
Wschód słońca w Himalajach

 

SAM_6277_marked

 

 

 

SAM_6323_marked
Radość na wysokości 5416 m. n.p.m.

 

SAM_6333_marked
Początek mozolnego zejścia w dół

Dzień 11

Śpimy do późna i dopiero ok. 11:00 ruszamy na szlak. Kierujemy się do niewielkiej miejscowości Kakbeni, położonej w rejonie Mustang. Rejon Mustang uznawany jest za bardzo podobny do Tybetu. Przez większość czasu idziemy w okolicy pustynnej, owiewani silnym wiatrem. Pustynna dolina delikatnie schodzi w dół, ale wciąż ze wszystkich stron otoczona jest ośnieżonymi szczytami. Kompletna zmiana krajobrazu w stosunku do tego, co widywało się po drugiej stronie przełęczy. Ból głowy ustał, problemy z oddychaniem mocno zelżały, idzie się przyjemnie. Piętnastokilometrowy odcinek dzielący nas od Kakbeni pokonaliśmy dosyć szybko. Po wczesnej kolacji wskoczyliśmy do łóżek, żeby odespać trudy kilku ostatnich dni.

Woda: 100
Dal Bhat: 400

Aviary Photo_130761974691780516_marked
Rejon Mustang

Dzień 12

Podobnie jak dnia poprzedniego, śpimy do późna. Szybko i bezproblemowo docieramy do miejscowości Murpha – lokalnej stolicy jabłek, cydru i szarlotki. Miasteczko, ze swoimi wąskimi uliczkami, zaułkami i małymi knajpkami wygląda zupełnie jak średniowieczna południowoeuropejska osada. Przypada nam do gustu na tyle, że postanawiamy w niej zostać na dwie noce i dać organizmom trochę wytchnienia.

Woda: 100
Dal Bhat: 380

Dzień 13

Zgodnie z planem dziś nie robimy nic. Czytamy książki, pijemy cydr i spacerujemy po Murphie.

Aviary Photo_130761975310520390_marked
Pustynia w najwyższych górach świata

Dzień 14

Pobudka ok. godz. 9:00, spokojne śniadanie i późny wymarsz. Idziemy tylko do Kalopani oddalonego o 4 godziny drogi, wiec pośpiechu nie ma. Docieramy spokojnie, jemy najlepszego jak do tej pory Dal Bhata w hotelu „See You Lodge” i idziemy spać.

Woda: 100
Dal Bhat: 380

SAM_6386_marked

Dzień 15

Przebudziliśmy się o 7:00, wyjrzeliśmy za okno i widząc deszczową pogodę ponownie zapadliśmy w sen. Scenariusz powtarzał się jeszcze dwukrotnie, aż w końcu stwierdziliśmy, że „deszcz, nie deszcz” trzeba iść dalej. Ze względu na deszcz, postanowiliśmy skorzystać z jakiegoś środka transportu jak tylko będzie taka możliwość. Oczywiście owa możliwość się nie nadarzyła, więc ponad 25-kilometrowy odcinek pomiędzy Kalopani, a Tatopani przebyliśmy pieszo, zamykając tym samym całą trasę „Annapurna Circuit Trek” bez korzystania z jakiejkolwiek środka transportu innego niż nasze nogi.
Trasa przebiegała przez wyjątkowo malownicze okolice leśne, usiane malowniczymi miejscowościami. Delikatna mżawka nasycała roślinność jadowitą zielenią, której brakowało nam po dniach spędzonych w biało-szarych wysokich górach.
Przed miejscowością Ghasa zaobserwowaliśmy dużą lawinę skalną i chwilę potem poczuliśmy ruch ziemi. W pierwszej chwili wydawało mam się, że ziemia zatrzęsła się na skutek upadku głazów, ale szybko zrozumieliśmy, że było na odwrót. Drugiego tąpnięcia doświadczyliśmy pół godziny później, pijąc herbatę w kawiarni na szlaku. Cały budynek zaczął się trząść, więc pochopnie z niego wybiegliśmy. Podobnie jak my, miejscowa ludność również wybiegła ze swoich domostw. Nie odczuliśmy kolejnych tąpnieć.
Dopiero po kilku godzinach, po dotarciu do Tatopani, dowiedzieliśmy się, że to co wydawało nam się małym, niegroźnym „trzęsiankiem ziemi”, było olbrzymim kataklizmem, którego epicentrum znalazło się pomiędzy dwoma głównymi miastami Nepalu – Kathmandu i Pokharą.

Ten dzień był ostatnim dniem naszego trekkingu.

 

SAM_6345_marked

4 thoughts on “Dzienniki Himalajskie

  1. Napisane konkretnie, ciekawie i z wszystkimi potrzebnymi informacjami, ale brakuje mi trochę opisu wejścia na tę przełęcz – a przydałby się.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Musimy sprawdzić, czy nie jesteś robotem: