Jeden dzień z życia couchsurfera

Relaks, Kuthodaw Pagoda
Relaks, Kuthodaw Pagoda

„Ale jak to? U kogoś obcego, w jego domu? Nieee, to nie dla nas..” Mniej więcej taka była nasza reakcja, kiedy ktoś nas pytał o nasze plany korzystania z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych- spania na czyjejś kanapie). Z początku nasze nastawienie do tej idei było dość sceptyczne. Obawialiśmy się niemal wszystkiego- że nas oszukają, okradną i zabiją, a jeśli jakimś cudem wyjdziemy z tego cało, to z pewnością niewyspani, skrępowani, znudzeni i zmęczeni.

W trakcie pierwszych miesięcy podróży tanie hostele, zarówno te w Tajlandii, jak i w Kambodży stanowiły świetną wymówkę od uaktywnienia się na tytułowym portalu społecznościowym. Dopiero strach przed noclegami w Wietnamie, rzekomo bardzo drogimi, zaważył na naszej decyzji- poszukamy kogoś, kto nas przygarnie pod swój dach w Sajgonie. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Znaleźliśmy wspaniałego gospodarza, Dawida, który ugościł nas tak ciepło, że podjęliśmy decyzję, by znaleźć pracę i zostać tam chwilę dłużej. W ten sposób nasza pierwsza przygoda z couchsurfingiem zakończyła się blisko czteromiesięcznym pobytem w Ho Chi Minh City…

 

zachód słońca, okolice mostu U Bein
Zachód słońca, okolice mostu U Bein

 

Jednak nie zrażeni pierwszym (przecież pozytywnym!) doświadczeniem, z postanowieniem, że nie zamieszkamy u nikogo dłużej niż kilka dni, daliśmy couchsurfingowi jeszcze jedną szansę. Niezwykle drogie, jak na azjatyckie warunki, birmańskie hostele sprzyjały poszukiwaniom gospodarzy. I tu pojawiła się pierwsza przeszkoda- birmańskich couchsurferów można policzyć na palcach jednej ręki (no może obu rąk i jednej stopy), a większość z nich i tak jest nieaktywna. Jeszcze do niedawna nocowanie kogoś we własnym mieszkaniu bez specjalnego zezwolenia było w Myanmarze nielegalne, co z pewnością w znaczącym stopniu wpłynęło na brak zainteresowania couchsurfingiem. W końcu udało się! Jedyna birmańska gospodyni, mieszkająca w Mandalay, zgodziła się nas ugościć. Zastrzegła przy tym, że możemy ją odwiedzić wyłącznie w wybranym przez nią terminie, gdyż „grafik” couchsurferów ma wypełniony zarówno wcześniej jak i później. Z radością przyjęliśmy zaproszenie.

 

Muhamuni, najbardziej znany wizerunek Buddy w Mandalay. Panowie doklejają złote płatki
Muhamuni, najbardziej znany wizerunek Buddy w Mandalay. Panowie doklejają złote płatki.

 

Aviary Photo_130721634922295657_marked
Khaing, nasza gospodyni z Mandalay

 

Mieszkanie naszej gospodyni okazało się 6-metrowym pokojem na poddaszu salonu fryzjerskiego, w którym znajdowało się łóżko (które dzieliła z kuzynką właścicielki) oraz tony gratów, książek i pudeł poupychanych po kątach. Warunki były bardzo skromne. W łazience brakowało bieżącej wody, nie było pralki, kuchenki, czy innych wygód, bez których w Europie ani rusz. Pomimo tego, jak na birmańskie standardy Khaing (bo tak jej na imię) żyła, jak nas przekonywała, bardzo dobrze. Z wykształcenia dentystka, zarabia „aż” 300 dolarów miesięcznie (!) z czego 100 dolarów wysyła swoim rodzicom. Sama mówiła, że nie ma na co narzekać, szkoda jej jedynie biednych dzieci z jej wioski, którym przekazywała miesięcznie kolejne 30 dolarów. Khaing sprawiła, że poczuliśmy się w Mandalay jak w domu. Zabrała nas do miejsc, gdzie za dolara można zjeść cały talerz birmańskich przysmaków (w ten sposób rozkochała nas w birmańskiej kuchni i obaliła mit, jakoby tamtejsze jedzenie było niesmaczne i odbiegało od poziomu tajskich sąsiadów).

 

Za dolara można zjeść bardzo smacznie, na pierwszym planie po prawej sałatka pomidorowa- nasz faworyt
Za dolara można zjeść bardzo smacznie. Na pierwszym planie, po prawej sałatka pomidorowa- nasz faworyt

 

Całkowicie zaufaliśmy Khaing w kwestii wyboru zabytków, jej zdaniem wartych zobaczenia. Zamiast do zadeptanych przez turystów pałaców i popularnych świątyń (te widzieliśmy jedynie z daleka), pojechaliśmy na most U Bein (podobno najdłuższy most tekowy na świecie), na którym podziwialiśmy bajkowy zachód słońca oraz zobaczyliśmy przepiękny kompleks białych świątyń (Kuthodaw Pagoda), który nas zachwycił, pomimo że widzieliśmy już dziesiątki stup czy innych pagód. Wieczorem zajadaliśmy się sałatką pomidorową (połączenie zielonych pomidorów i świeżych orzeszków ziemnych- szał!!!!) i słuchaliśmy o kulturze, historii i życiu w Birmie. A nie jest ono łatwe, zwłaszcza dla kobiet. Jest to wciąż społeczeństwo silnie oparte na modelu patriarchalnym. Kobiecie nie tylko nie wypada (podobnie jak w wielu krajach Azji) pić alkoholu (Khaing twierdziła, że jakby ktoś ją zobaczył z piwem, to z pewnością straciłaby pracę), ale również nie może wychodzić po zmroku na ulicę (nawet w towarzystwie znajomych, rodziny), gdyż z pewnością zostanie posądzona o nierząd. Dodam tylko, że w Birmie ściemnia się ok. 18.00… Pomimo tego Khaing jest osobą niezwykle pogodną, ciepłą i gościnną, przez cały czas dbała o to, byśmy byli zadowoleni, nawet kosztem własnej wygody.

 

Kuthadaw Pagoda. W tle popularne Mandalay Hill
Kuthodaw Pagoda. W tle popularne Mandalay Hill

 

Kuthodaw Pagoda, w każdej z kilkuset białych stup wyryte są nauki Buddy.
Kuthodaw Pagoda, w każdej z kilkuset białych stup wyryte są nauki Buddy.

 

Aviary Photo_130721635614877998_marked
U Bein Bridge

 

Do Meiktili trafiliśmy wyłącznie dlatego, że mieszkał tam nasz kolejny host- Uvi. Uvi jest mnichem, więc przed tą wizytą byliśmy niezwykle podekscytowani. Nie mieliśmy bladego pojęcia, czego możemy się spodziewać po noclegu w monastyrze. Pomimo kilku miesięcy, spędzonych w Azji, nasze kontakty z buddyjskimi mnichami ograniczały się wyłącznie do podglądania ich porannych, bosych wędrówek w celu zbierania darów, lub odprawiania mantry w świątyniach. Uvi odbiegał całkowicie od naszego wyobrażenia mnicha. Myanmarscy mnisi to nie tylko duchowi przywódcy, ale przede wszystkim normalni ludzie, z którymi można pójść na herbatę (nie mogą pić niczego „mocniejszego”) lub śniadanie (nie mogą jeść po 12.00). Na każdym kroku można spotkać ubranych w brązowe lub pomarańczowe szaty duchownych, w samej Meiktili są aż 63 klasztory. To właśnie mnisi stali na czele szafranowej rewolucji, stawiając opór birmańskiej juncie. Uvi okazał się niezwykle otwartym i sympatycznym facetem, który ugościł nas doprawdy po królewsku. Dostaliśmy własny pokój, przeznaczony dla gości z couchsurfingu (przed nami klasztor odwiedziło blisko sto osób, w tym kilka z Polski), obklejony pamiątkowymi zdjęciami i plakatami amerykańskich gwiazd (w tym superpopularnej w Azji Taylor Swift czy boskiego Lea, kiedy nie wyglądał jeszcze jak Jack Nicholson).

 

Uvi
Uvi

 

Pomimo, że Uvi był człowiekiem niezwykle zabieganym (prowadził zajęcia dla nowicjuszy, pracował w klasztorze, uczył się do egzaminów), miał czas, by co i rusz częstować nas napojami, ciastkami, owocami, czy sałatką z kiszonej herbaty, będącą miejscowym przysmakiem. Na wieść o przybyciu białych twarzy, klasztor odwiedzali studenci miejscowych uczelni, którzy niczym młody Dalai Lama w filmie „Siedem lat w Tybecie”, pragnęli dowiedzieć się jak najwięcej o naszym kraju, przy okazji ćwicząc angielski. Zasypywali nas pytaniami, a z drugiej strony cierpliwie odpowiadali na wszystkie kwestie związane z buddyzmem, czy sytuacją polityczną w Myanmarze, które nas interesowały. Poza tym spędziliśmy miło czas, rozgrywając pasjonującą partyjkę „Bingo” z rodziną jednej ze studentek imieniem Lele, gdzie nikt nie przejmował się brakiem znajomości angielskiego.

 

Aviary Photo_130721636414919579_marked
Kolacja ze studentami

 

 

Bingo!
Bingo!

Tak sobie myślę, że Myanmar jest najciekawszym i najbardziej zachwycającym krajem, który do tej pory odwiedziliśmy. Na ten osąd znacząco wpłynął fakt, że mogliśmy poznać prawdziwe życie jego mieszkańców. Dzięki couchsurfingowi spotkaliśmy niezwykłych ludzi, którzy z jednej strony łakną kontaktu ze światem zachodnim przy zachowaniu szacunku dla swojej tradycji i kultury. Mam tylko nadzieję, że gdy za jakiś czas spotkam się ponownie z Khaing czy Lele, będziemy mogły bez napiętnowania pójść po zmroku na spacer i delektować się smakiem pysznej birmańskiej whisky.

 

ps. Wiem, wiem.

Określenie Myanmar jest niepoprawne, ale polskie słowo Mjanma, jakoś dziwnie brzmi..

2 thoughts on “Jeden dzień z życia couchsurfera

  1. Coachsurfing jest tematem egzaminacyjnym na certyfikatach z języków obcych, a Wy tego doświadczyliście na własnej skórze. Pozazdrościć!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Musimy sprawdzić, czy nie jesteś robotem: